Strona główna

Aktualności

„Panteon ” czy napewno Górnośląski ?

W miejscu, w którym powinno głosić się chwałę Boga jedynego buduje się ⚡⚡Panteon Górnośląski ⚡⚡ przybytek, w którym będzie się uprawiać kult polskich bohaterów narodowych. Jeśli wywołuje to u Was zdziwienie i nie wiecie, o co może chodzić, bądźcie pewni, że chodzi o kasę. Okazuje się jednak, że wątpliwości co do tej inwestycji jest całkiem sporo. Usystematyzujmy je.

1⃣ Wątpliwości teologiczne

Dlaczego w katowickiej archikatedrze ma powstać wystawa prezentująca osoby niezwiązane z kościołem katolickim? Dlaczego używa się pogańskiego określenia „Panteon”, czyli z greckiego „przybytek wszystkich bóstw”? Dlaczego ma prezentować osoby, które nie kierowały się zasadą miłości bliźniego? Dlaczego w domu bożym urządza się wystawę poświęconą osobom, które wyznawały niezgodną z doktryną kościoła katolickiego ideę nacjonalizmu, dzieląca Ślązaków i górnośląskich katolików?

2⃣ Wątpliwości finansowe

Dlaczego „Panteon Górnośląski” ma kosztować ponad 40 milionów złotych? Dlaczego mają za to płacić podatnicy? Czy województwo śląskie będzie organizatorem tej instytucji kultury? Dlaczego miasto Katowice bierze udział w inwestycji mimo negatywnej opinii Regionalnej Izby Obrachunkowej? Jaki będzie ostateczny udział województwa, państwa, Katowic i Archidiecezji Katowickiej w finansowaniu tej instytucji? Zakłada się, że 10% kosztów inwestycji to późniejsze koszty jej utrzymania. Kto będzie ostatecznie wykładał te 4 mln zł rocznie z własnego budżetu? Komu i z jakich zadań politycy odbiorą nasze pieniądze?

3⃣ Wątpliwości merytoryczne

Dlaczego lista osób czczonych w Panteonie Górnośląskim ma ograniczać się do „polskich bohaterów narodowych”? Dlaczego ma ograniczać się do etnicznych Polaków, przy uwzględnieniu wyjątków np. w postaci św. Jadwigi? Dlaczego ogranicza się do XX wieku, a cezura czasowa to rok 1922, w którym przejęto tylko część Śląska? Dlaczego ma honorować polskich powstańców, którzy nie pochodzili ze Śląska? Dlaczego ma honorować powstania śląskie, które podzieliły Górny Śląsk, nie miały powszechnego poparcia społecznego i miały charakter bratobójczej wojny domowej? Dlaczego nie uwzględnia śląskiej perspektywy historycznej, przyjmując za jedynie słuszną narracją jest polonocentryczna? Dlaczego wyklucza się osoby, które miały udział w rozwoju Górnego Śląska, a niekoniecznie chciałby się przypisywać się do polskiej narodowości? Czy w Panteonie znajdzie się miejsce dla śląskich noblistów pochodzenia żydowskiego czy niemieckiego? Czy Panteon będzie „wielką szkołą uczenia się Śląska i o Śląsku”, jak przekonuje arcybiskup katowicki, czy wielką mistyfikacją, fałszującą dzieje naszego regionu?

4⃣ Wątpliwości polityczne

Kto zainicjował projekt Panteonu Górnośląskiego? Strona kościelna, chcąca ograniczyć koszty utrzymania archikatedry? Pisowski Marszałek Województwa, chcący przypodobać się abp Skworcowi i rządowi centralnemu? Pisowski wojewoda, marzący o strąceniu wojewody Grażyńskiego z piedestału pierwszego polonizatora Śląska i Ślązaków? A może to sama Warszawa poleciła realizację „inwestycji”, by usprawiedliwić wieloletnie dyskryminowanie naszego regionu na rzecz województwa mazowieckie przy podziale dotacji dla państwowych i współprowadzonych instytucji kultury?

Wiemy, że nie uzyskamy odpowiedzi na te pytania. Przeczuwamy jednak, że władze państwowe w swych megalomańskich zapędach i władze kościelne, potrafiące dobrze rachować, chcą pokazać 🖕 środkowy palec:

🔴 podatnikom, którzy nie chcą, by środki publiczne przeznaczane były na utrzymanie obiektów kultu religijnego

🔴 katolikom, którzy nie chcą, aby w domu bożym urządzano narodowe targowisko

🔴 Ślązakom, którzy uważają, że historia Śląska to coś więcej niż historia Śląska tworzona wyłącznie przez polskich bohaterów narodowych

🔴 Ślązakom-korfanciorzom, których potomkowie byli prześladowani przez bojówki wojewody Grażyńskiego

🔴 Ślązakom-Niemcom, którzy żyją tu od pokoleń i którzy mają prawo do swojej pamięci historycznej

🔴 Polakom, którzy chcą na Śląsku żyć w spokoju, a takie inicjatywy traktują, jako pokaz megalomańskiej polityki historycznej, która dzieli, a nie łączy mieszkańców Śląska

I na koniec. Akt inauguracji Panteonu Górnośląskiego oficiele podpisali przy wtórach „Boże, coś Polskę”. Pozostawiamy to bez komentarza.

#PanteonGórnośląski

Marsz na ” Zgoda „

W Chorzowie planuje się odsłonięcie pomnika pamięci ofiar ludobójstwa , ciekawe czy kiedykolwiek powstanie pomnik upamiętniający górnośląskie ofiary polskich komunistycznych obozów koncentracyjnych.

‎25 stycznia (sobota) 2020 o godzinie 11:40 z placu Wolności w Katowicach ruszy kolejny marsz pamięci ofiar obozu w świętochłowickiej dzielnicy Zgoda. To jeden z projektów upamiętniających Tragedię Górnośląską 1945 r., gdy do ZSRR wywieziono kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców tego regionu, a kolejni tracili życie w obozach tym razem admistrowanych przez polskie wladze.
Marsz będzie odbywać się po raz kolejny , a jego uczestnicy przejdą trasą zbliżoną do jednej z dróg, którą 65 lat temu pędzono więźniów Zgody: z położonego w centrum Katowic Placu Wolności ulicą Gliwicką, przez Chorzów-Batory, w okolice dawnej świętochłowickiej hali targowej (dziś znajduje się w tym miejscu supermarket oraz do miejsca obozu w dzielnicy Zgoda.

Historia obozu pracy w Zgodzie

Na powojennych losach rdzennej ludności Górnego Śląska zaważyła w dużym stopniu polityka narodowościowa władz niemieckich prowadzona podczas II wojny światowej. Pierwszą próbę weryfikacji narodowości mieszkańców tych ziem podjęli Niemcy w grudniu 1939 r. podczas akcji rejestracji ludności, zwanej od konieczności złożenia odcisku palca na formularzu – „palcówką”. Okazało się, że m.in. ze strachu przed deportacją, represjami, po wezwaniach biskupa śląskiego Stanisława Adamskiego do „maskowania się” ponad 90% mieszkańców Górnego Śląska zadeklarowało swą narodowość i język jako niemieckie. Wiosną 1941 r. podjęto kolejną próbę weryfikacji narodowościowej podjęta została podczas akcji wpisu na niemiecką listę narodowościową (DVL – Deutsche Volksliste). Mieszkańcy Górnego Śląska, podobnie jak innych terenów wcielonych do Niemiec, mogli się ubiegać o wpis do jednej z czterech grup volkslisty, w zależności od stopnia świadomości oraz aktywności narodowej. Praktyka była jednak taka, że Ślązaków, uznawanych za ludzi pochodzenia niemieckiego częściowo spolonizowanych w okresie międzywojennym, masowo nakłaniano, a często nawet zmuszano do składania wniosków o wpis na volkslistę. Wynikało to m.in. z chęci pozyskania poborowych do Wehrmachtu. Blisko 2/3 mieszkańców przedwojennego województwa śląskiego (bez Śląska Cieszyńskiego) otrzymało III grupę volkslisty. Grupa II liczyła ponad 200 tys. osób w całym byłym województwie śląskim. Oznaczało to, że niemal w każdej rodzinie śląskiej znaleźli się tzw. „dwójkarze”. Dylematy związane z volkslistą dobrze oddaje funkcjonujący wówczas na Śląsku wierszyk: „Jeśli się nie podpiszesz/ twoja wina, zaraz cię wezmą do Oświęcimia, a gdy się podpiszesz ty stary ośle/ zaraz cię Hitler na Ostfront pośle”. Władze niemieckie musiały uznać, że akcja volkslisty nie spełniła swojego zadania, czyli nie podzieliła jednoznacznie mieszkańców Górnego Śląska na Niemców i Polaków.

Władze komunistyczne rozpoczęły porządkowanie kwestii narodowościowych na Górnym Śląsku, opierając się na wynikach akcji volkslisty. Nie dostrzegając specyficznej sytuacji tych ziem wychodzono z założenia, że osoby zaliczone do grupy I i II to Niemcy lub co najmniej zdrajcy narodu. Wynikało to z nieznajomości stosunków narodowościowych oraz chęci szybkiego i surowego rozprawienia się z wszystkimi, którzy zaparli się polskości. Patrzenie na zagadnienie niemieckiej listy narodowościowej na Górnym Śląsku poprzez doświadczenia z volksdeutschami w Generalnym Gubernatorstwie doprowadziło do powstania wypaczonego wizerunku „Ślązaka – zaprzańca”, a ocenę volksdeutscha-zdrajcy przenoszono także na Śląsk, gdzie niemal cała ludność została wpisana na volkslistę. Przekonana o tym była także kadra napływowych urzędników oraz funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa zupełnie niezorientowanych w strukturze narodowościowej Górnego Śląska.

Wyjaśnienie kwestii volkslisty wydaje się mieć zasadnicze znaczenie w zrozumieniu funkcjonowania obozów pracy na Górnym Śląsku po II wojnie światowej. Rozwiązania prawne dotyczące volksdeutschów okazały się wyjątkowo restrykcyjne. Przepisy pierwszego aktu prawnego do tyczącego tej kwestii, tj. dekretu PKWN z 4 listopada 1944 r. „O ŚRODKACH ZABEZPIECZAJĄCYCH W STOSUNKU DO ZDRAJCÓW NARODU” formalnie nie obejmowały terenów Górnego Śląska. Zastosowanie tego dekretu na Górnym Śląsku oznaczało, że mieszkańców tych terenów wpisanych na DVL potraktowano tak samo jak volksdeutschów z GG. Na podstawie dekretu KRN z 28 lutego 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów, posiadacze II grupy volkslisty, do czasu rehabilitacji, podlegać mieli umieszczeniu w obozie pracy, a ich majątek podlegał konfiskacie. Dekret ten ostatecznie nie wszedł w życie, a zastąpiła go ustawa z 6 maja 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów. Miała ona na celu izolowanie volksdeutschów oraz wprowadziła możliwość rehabilitacji dla tych, którzy na volkslistę zostali wciągnięci wbrew swej woli lub pod przymusem, a swoim zachowaniem wykazywali polską odrębność narodową. Przymusowemu sądowemu postępowaniu rehabilitacyjnemu poddana została na Górnym Śląsku tylko grupa II, a posiadacze grupy III i IV byli zobowiązani do złożenia deklaracji wierności wobec państwa i narodu polskiego. Z rehabilitacji nie mogły skorzystać osoby zaszeregowane do I grupy volkslisty, które uznane zostały za Niemców. Osoby z III i IV grupą volkslisty otrzymywały jedynie tymczasowe zaświadczenia obywatelskie, co spowodowało, że niemal cała ludność miejscowa znalazła się w stanie podejrzenia karnego o naruszenie wierności wobec państwa polskiego.

Kiedy sąd odrzucał wniosek o rehabilitację, wówczas wnioskodawca trafiał na czas nieokreślony do obozu pracy, zostawał pozbawiony praw honorowych i publicznych, a cały majątek ulegał konfiskacie. Donosy oskarżające o sprzyjanie Niemcom były powodem wielu nadużyć, gdyż ich motywem była często jedynie chęć zajęcia majątku zatrzymanego. Oczywiście nie wszyscy „dwójkarze” na Górnym Śląsku kierowani byli do obozów, gdyż groziło to poważnymi kłopotami w produkcji przemysłowej, bo do tej grupy pod koniec wojny często zaliczano wysoko wykwalifikowanych robotników. W samych Katowicach na początku lipca 1945 r. mieszkało ok. 14 tys. osób zaliczonych do II grupy volkslisty, a w pobliskim Chorzowie aż 33 tys. Jak pokazała praktyka, przepisy te okazały się niedoskonałe i krzywdzące miejscową ludność, naznaczając ją piętnem zdrajców i kolaborantów. Władze wojewódzkie z czasem zrozumiały, że zbyt rygorystycznie podeszły do tej kwestii. Wojewoda przyznał, że wynikało to z braku orientacji w tej sprawie. Zerwanie z zasadą, że stopień winy zależy od kategorii niemieckiej listy narodowościowej, nastąpiło w ustawie z 28 VI 1946 r. o odpowiedzialności karnej za odstępstwo od narodowości w latach 1939-1945. Od tego momentu do obozu nie trafiały już osoby z uwagi na grupę volkslisty, ale z względu na konkretne czyny, wskazujące, że dopuściły się zdrady narodu.

Po przejściu frontu przez Górny Śląsk władze sowieckie i polskie wykorzystały zachowane poniemieckie obozy do umieszczania w nich osób narodowości niemieckiej, volksdeutschów oraz podejrzanych o wrogi stosunek do nowego ustroju. Na przykład oświęcimski obóz koncentracyjny stał się miejscem osadzenia wielu Górnoślązaków przed wywiezieniem do ZSRR. Do dużych obozów – dawnych filii Oświęcimia – w Jaworznie i Mysłowicach kierowano setki zatrzymanych mieszkańców Górnego Śląska, których „winą” często było jedynie posiadanie II grupy DVL. Najważniejszym obozem na tym terenie był Centralny Obóz Pracy (COP) w Jaworznie, któremu podlegały mniejsze obozy. Cały system więziennictwa i obozów podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, stąd cały personel obozowy stanowili funkcjonariusze UB.

Leżący naprzeciwko zakładów „Zgoda” w Świętochłowicach obóz, noszący oficjalną nazwę „Obóz Pracy w Świętochłowicach” byłą filią obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Po Niemcach pozostało podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego pod napięciem, wieże strażnicze, baraki dla więźniów oraz budynek dla personelu. Jeszcze w lutym 1945 r. skierowano do obozu pierwsze osoby zatrzymane przez funkcjonariuszy urzędów bezpieczeństwa, milicji oraz NKWD.

W początkowym okresie obozem kierowały dwie osoby przybyłe na Górny Śląsk z województwa lubelskiego: Aleksy Krut oraz Salomon Morel. Od czerwca 1945 r. obozem kierował już samodzielnie Salomon Morel.

Wśród więźniów obozu przytłaczającą większość stanowili Ślązacy oraz obywatele III Rzeszy (tzw. Reichsdeutsche), ale znaleźli się tam również Polacy z tzw. „Centralnej Polski” oraz co najmniej 38 obcokrajowców (Austriacy, Belg, Rumuni, Czesi, Francuzi, Jugosłowianie). Wraz z rodzicami do obozu trafiły nawet dzieci. Do obozu kierowano osoby bez żadnych sankcji prokuratorskich, jedynie na podstawie decyzji władz bezpieczeństwa. Jak ocenia jeden z przebywających w obozie, więźniowie „w większości byli prostymi, solidnymi Górnoślązakami, którzy uczciwie pracowali i troszczyli się o swoje rodziny”. Starano się jednak przekonać mieszkańców Śląska, że do obozu trafiają wyłącznie Niemcy oraz znienawidzeni aktywiści ruchu nazistowskiego. Gdy na początku marca 1945 r. osoby zatrzymane na terenie Katowic uformowano w kolumny i popędzono w kierunku Świętochłowic, na czele każdej kolumny postawiono człowieka z flagą nazistowską.

W obozie panował straszny głód. Całodzienne wyżywienie stanowiła czarna kawa zbożowa oraz około 125 gramów chleba wydawanych rano i wieczorem, natomiast obiad stanowiła zupa z buraków pastewnych. Dochodziło do tego, że więźniowie żywili się trawą. Ratunkiem dla niektórych były paczki przysyłane do obozu przez rodziny. Były one jednak często konfiskowane przez strażników. Warunki sanitarno-bytowe również były katastrofalne. Więźniowie spali po trzy osoby na jednej pryczy, bez sienników i koców, we własnych ubraniach, w których zostali doprowadzeni do obozu. W krótkim czasie plagą obozu stały się wszy, pluskwy i szczury. Wkrótce pojawiły się także groźne choroby epidemiczne: czerwonka i tyfus.

Najtragiczniejszym okresem w dziejach obozu w Świętochłowicach-Zgodzie był sierpień 1945 r., kiedy szalała epidemia tyfusu. Brak podstawowych warunków sanitarnych oraz właściwej opieki medycznej, a także to, że nie przeprowadzono odwszawienia i nie izolowano chorych spowodował masowe zgony więźniów. W okresie największego nasilenia epidemii odnotowywano kilkadziesiąt zgonów dziennie. Kierując się liczbą dokumentów zmarłych więźniów, należy przyjąć, że oficjalna liczba zmarłych w obozie wynosi 1855. Zwłoki wywożono z obozu nocami wozem drabiniastym i grzebano w grobach masowych na dwóch cmentarzach katolickich oraz na cmentarzu ewangelickim w Świętochłowicach. Pierwsze kroki zmierzające do powstrzymania zarazy podjęto dopiero wtedy, gdy objęła ona cały obóz. Przyjechała komisja lekarska i wszyscy żyjący jeszcze więźniowie zostali zaszczepieni, a baraki zdezynfekowano.

Tyfus i inne choroby nie były jedyną przyczyną śmierci więźniów. Kilka osób zostało zastrzelonych przez strażników podczas próby ucieczki z obozu. Nieustalona liczba więźniów została zakatowana przez funkcjonariuszy obozu. Najdotkliwsze represje dotknęły osadzonych w baraku nr 7 (zwanym „brunatnym barakiem”) przeznaczonym dla podejrzanych o przynależność do NSDAP i innych organizacji nazistowskich. Więźniowie byli zmuszani wołać „Heil Hitler” i śpiewać nazistowską pieśń. Co noc dobiegały stamtąd krzyki i jęki maltretowanych mężczyzn oraz młodzieńców. Ofiarami najcięższych tortur byli chłopcy podejrzani o przynależność do Hitlerjugend oraz dziewczęta z BDM. W katowaniu uczestniczył sam naczelnik Morel, który bił więźniów pięściami lub gumową pałką. Znęcał się również w ten sposób, że przy pomocy swej obstawy rzucał więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi. Była to tzw. „piramida”, po zakończeniu której leżący najniżej musieli być wynoszeni do ambulatorium z powodu ciężkich obrażeń. Jeszcze większe przerażenie wśród więźniów wywoływało bicie ciężkim taboretem. W noc kapitulacji Niemiec przegoniono więźniów pod prysznice, a następnie na plac obozowy, gdzie po leżących na ziemi i zziębniętych więźniach przebiegała cała grupa strażników.

Skrajnie trudne warunki obozowe, głód i tortury powodowały załamanie psychiczne osadzonych w „Zgodzie”. Więźniowie wielokrotnie wspominali o przypadkach rzucania się uwięzionych na druty pod napięciem. Kilka osób popełniło samobójstwo przez powieszenie.

Choć oficjalnie świętochłowicki obóz nosił nazwę obozu pracy, to spełniał również funkcję obozu karnego. Więźniowie baraku nr 7 nie byli wykorzystywani do żadnych prac ani na terenie obozu, ani też poza nim, dla nich był to więc obóz karny, choć oczywiście nikt z nich nie był skazany wyrokiem sądowym. Z obozu wiele osób wysłano do pracy w pobliskich kopalniach i hutach.

Na przełomie października i listopada 1945 r. wizytowała obóz komisja, która zwolniła prawie wszystkich więźniów. Musieli przedtem podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą się z nikim rozmawiać o tym, co się działo w obozie.

Ostatecznie świętochłowicki obóz przestał funkcjonować w listopadzie 1945 r. gdyż jak wspomina Morel, przestał już być potrzebny. Przez ten obóz przeszło blisko 6 tys. osób, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. Przez wiele lat dzieje obozu pracy w Świętochłowicach-Zgodzie żyły jedynie w pamięci więzionych tam osób oraz ich rodzin, skrzętnie skrywane z obawy przed represjami za ujawnienie prawdy o tym, jak traktowano rdzennych mieszkańców Górnego Śląska w pierwszych latach Polski Ludowej.

autor historii obozu w Zgodzie: Adam Dziurok

Dołącz do nas na Facebooku